Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
463 posty 1275 komentarzy

par excellence

Wiktor Smol - Copyright © 2011-2017 Wiktor Smol

John, Mery Q i tajemniczy gość z Marrakeszu

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Świat wokół wyglądał jakby za chwilę miał stać się biblijną przypowieścią o Arce Noego. John od kwadransa stał w bramie luksusowej pożydowskiej kamienicy w centrum miasta, przypatrywał się strugom wody,

 które płynęły ulicą w kierunku biblioteki. Studzienki kanalizacyjne rzygały niewielkimi gejzerami  łudząco przypominającymi zupę bulgoczącą w garnku zostawioną przez roztropną gospodynię na niewielkim ogniu. Złowieszczy granat nieba rozciągał się bezbrzeżnie.
„Nie będziesz miał cudzych bogów przede mną” – wyrecytował głosem pełnym ironii Jon do starszej pani, która miała zamiar wyjść z bramy, ale widząc, że rynek przypomina taflę wody wyszeptała przestraszona: „Panie przenajświętszy! Jezusie i Mario…” po czym bezszelestnie zniknęła za drzwiami klatki kamienicy.

John spojrzał na lewy nadgarstek, była ósma czterdzieści, raz jeszcze spojrzał w niebo i doszedł do wniosku, że skoro bezustannie leje od wczoraj, to zapewne nie przestanie tak szybko; zresztą prognozy przewidywały taki scenariusz na najbliższe kilka dni.  Odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem udał się w tym samym kierunku co wcześniej uczyniła przestraszona pani.

Solidne stylizowane drzwi wejściowe zamknęły się cichutko za Johnem. Na klatce panowała niczym niezmącona cisza. Wszedł na pierwsze piętro i stanął przed drzwiami, na których widniała mosiężna trójka. Zawahał się przez moment i cofnął palec z przycisku dzwonka i sięgnął do kieszeni sportowej kurtki po klucz, delikatnie przekręcił w zamku i wszedł do mieszkania.

– John, to ty? aksamitny kobiecy głos zapytał z głębi mieszkania – Zapomniałeś czegoś? Mówiłam, żebyś został jeszcze trochę skoro ciągle pada.
– Mówiłaś, mówiłaś. Muszę, niestety, pożyczyć twoje auto. Nie mogę się spóźnić, a taksówka nie podjechała. To zapewne przez ten deszcz.
– Dlaczego mówisz „niestety”? No co ty John? Przecież wiesz, że dla ciebie zrobiłabym wszystko. No prawie wszystko – dodała.
– Dziękuję. Wziąłem kluczyki do jeepa, ulice zapewne będą zalane, a muszę się dostać za miasto. Oddam wieczorem.
– Spokojnie John – i tak nigdzie nie ruszam się dziś z łóżka. Może masz jeszcze chwilkę? Nooo chodź, proszę. Jej głos był miękki i kuszący.
– Nie Mary Q, nie mogę. Muszę już pędzić. Dzięki. Pa.

Ponownie stanął w bramie. Niebo jakby lekko odpuściło. John ocenił odległość od samochodu i zdecydowanym krokiem ruszył przed siebie z naciągniętą na głowę kurtką. Centralny zamek charakterystycznym kliknięciem dał znać, że rozpoznał kartę pilota i zwolnił blokady. John usiał za kierownicą, ustawił siedzenie i lusterka pod siebie po czym uruchomił auto. Dwulitrowy silnik turbo zawarczał ochoczo dając znać, że jest gotowy do ostrej jazdy. Para wycieraczek jeepa starała się nadążyć ze ściąganiem nadmiaru wody z przedniej szyby. Z głośników płynął komunikat o możliwości przekroczenia stanu wód niektórych rzek w wielu miejscach na południu i zachodzie kraju.

- Ech jak ja lubię taką wredną pogodę, ludzi już niekoniecznie – rzucił John do mikrofonu telefonu, który  odebrał – Będę za dwa kwadranse – odpowiedział głosowi w słuchawce.

Ludzie zakutani w przeciwdeszczowe peleryny chyłkiem przemykali ulicami, nieliczni stali na przystankach pod parasolami oczekując na swój tramwaj; komunikacja miejska mocno kulała, jedynie taksówkarze pruli wodę nie bacząc na to, że mogą kogoś ochlapać – widać uznali, że skoro woda zewsząd się leje, to hulaj dusza.
Jeep z Johnem za kółkiem kierownicy niespiesznie jechał w kierunku lotniska, opony równomiernie odkładały wodę na boki niczym lemiesz pługa ziemię podczas jesiennej orki.

W tym pejzażu lejącej się z granatu nieba ulewy i strug płynących ulicą tryskająca fontanna przy Placu  Świebodzkim, na który właśnie skręcał wyglądała jak niespodzianie odnaleziony artefakt; za nią ledwo widoczny rozmyty obraz nieczynnego dworca swoim kształtem przypominał fragment piramidy, w której jakiś dowcipniś zamontował zegar.  Widoczność pozwalająca kontynuować jazdę sięgała niespełna trzydziestu metrów; mrocznie żeby nie powiedzieć upiornie wyglądał poranek letniego lipca w mieście stu mostów, kościołów i setek krasnali, z których większość znalazła się w totalnym stanie zatopienia.

Jeep zatrzymał się za autobusem, który ostrzegawczo mrugał światłami, na tablicy obok numeru linii płynął napis: „AWARIA”; pas przeciwległy zajęty został przez robotników pogotowia wodno-kanalizacyjnego: John próbował sobie przypomnieć gdzie był i co porabiał podczas tamtej wielkiej powodzi, która nawiedziła cały region razem z jego stolicą – Wrocławiem.

 – Czy  tak wyglądał wtedy początek powodzi? – zastanawiał się w duchu. Ekipa robotników uporała się wreszcie z włazem studzienki, opuścili pas jezdni stanęli na chodniku i bacznie przyglądali się płynącej wodzie; jeden z nich gestem dłoni pokazał, że droga wolna. John ominął autobus i całkowicie pustą ulicą dojechał do Placu Strzegomskiego. Pokonanie odcinka na lotnisko zajęło mu kwadrans, w tym czasie przypominał sobie gdzie był w 1997 roku i co wtedy robił.

(…)

KOMENTARZE

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

ULUBIENI AUTORZY